| Newsy | Historia | Regulamin | Spływy planowane | Spływy odbyte | Członkowie | Statystki |
  
| Zdjęcia| Survival/Trekking | Porady | Forum | Opisy rzek |
Twórczość | Linki | Księga gości |

 
 

SURVIVAL/TREKKING

   2006

 

2.        09 - 10 września 2006. Głusko i okolice. Grzybobranie...

„Obecni byli:

 

(sołtys, darek, mona, wojtek, justine, migotka, żyrek, kasia, mucha, mcbartas i ... sfazi)

Tym razem nasza grupa wybrała się na grzyby do zaprzyjaźnionego Głuska. Do osady leśnej dobiliśmy około 12-13 w sobotę. Rozpakowaliśmy się, chwyciliśmy za noże i koszyki i ruszyliśmy do lasu. Na miejscu naszych poszukiwań /gdzie dowiózł nas Sołtys, dzięki czemu kierowcy nie musieli się powstrzymywać przed gaszeniem pragnienia za pomocą złocistego napoju/ było, jak dla mnie, całkiem dużo grzybów. W sumie tego dnia zbieraliśmy grzyby przez jakieś 2 godziny. Plony były owocne: każdy zebrał co najmniej pół koszyka. Po powrocie, w trakcie oczekiwania na obiad, ruszyliśmy do sklepu spożywczego, przed którym zaczęliśmy spożywać piwo. Miejscowi okazali się bardzo przyjaźnie nastawieni i z chęcią odpowiadali na nasze bardziej i mniej dociekliwe pytania. Wieczorem, po obiedzie, rozpalone zostało ognisko. Integracja z grupą ze Szczecina (przypłynęli z Bogdanki) przebiegała pomyślnie, śpiewy trwały do około 1 w nocy. Śpiewali i grali: McBartas i Shuya /grupa Zwałka/. Niewiadomo dlaczego temu drugiemu niektórzy bali się mówić po ksywce :) Człowiek ten jest przyjaźnie nastawiony do życia /może dlatego, że wszystko kojarzy Jemu się z ... sexem/, lubi cytrynówkę i w ogóle ma same zalety :)

Drugiego dnia, około godziny 11, ruszyliśmy znowu na grzyby. Tym razem spacerowaliśmy po lesie godzinę, jednak plony okazały się bardziej owocne niż dnia poprzedniego. Każdy był zadowolony: zarówno z grzybobrania jak i całego wyjazdu. Na pewno wrócimy jeszcze do Głuska, może jeszcze w tym roku... i to dwa razy?"

by Sfa

 

1.        11 - 15 sierpnia 2006. Bieszczady. 

„Szlak I (5 h 30min): Widełki - Bukowe Berdo - Krzemień - Przełęcz Goprowców - Wołosate

 Szlak II (6 h 45 min): Wołosate - Rozsypaniec - Halicz - Przełęcz Goprowców - Szeroki Wierch - Ustrzyki Górne

Uczestnicy: Sfa, Rafi

Z Rafim z Poznania wyruszyliśmy z Poznania w piątek, pociągiem około 14:30. Droga do Krakowa przebiegła spokojnie chociaż na początku nie mieliśmy gdzie siedzieć, gdyż pociąg był mocno "wypchany". W Krakowie mieliśmy 5 godzinną przerwę w podróży. Czas do 2 w nocy spędziliśmy w jednej z knajp na starówce, gdzie wdaliśmy się w rozmowę z przybyłymi Niemcami. Brylował oczywiście Rafciu, bez którego pomocy niewiele bym rozumiał. Pociąg z Karkowa do Zagórza był jeszcze bardziej zatłoczony niż pociąg z Poznania do Krakowa. Udało nam się jednak wbić. Rafał miał wygodne miejsce w korytarzu, ja początkowo próbowałem spać na stojąco w pomieszczeniu z umywalką, jednak później rozłożyłem karimatę pod przedziałami i tam spałem około godziny. Nie daliśmy rady dojechać do Zagórza - już w Sanoku "naganiacze" zwabili nas do Busa. Kierowca miał bardzo zabawną podróż. Gdyż całe skacowane towarzystwo miało co chwila coś do powiedzenia. W końcu dotarliśmy do Ustrzyk Górnych, które były naszą bazą wypadową.
Nie zastanawiając się długo udaliśmy się w znajome mi miejsce noclegowe, gdzie mogliśmy rozbić namiot (za 3zł od głowy, za dodatkowe 3zł można było skorzystać z ciepłego prysznica.
Po rozpakowaniu się oraz lekkim posiłku "rzuciliśmy się" na góry. Odrazu zaznaczę, że zrobiłem pierwszy, i ostatni, raz taką głupotę. Po 2 godzinach miałem szczerze dosyć pierwszego szlaku. Nie mieliśmy jednak wyboru. Szliśmy. Widoki fantastyczne ale jakoś nie mieliśmy ochoty ich podziwiać. Po zejściu z Krzemienia spotkaliśmy Psychologa i Piecka (Goprowcy), z którymi pogawędziliśmy około pół godzinki. Było to bardzo ciekawe spotkanie. Okazało się, że znają gospodarza, u którego mamy spać. Poopowiadali także o zwierzynie zamieszkującej Bieszczady oraz wymienili jeszcze kilka ciekawostek. W końcu po około 5 i 1/2 godzinach dotarliśmy do Wołostego, a więc zgodnie z planem.
Po powrocie do Ustrzyk Górnych  poszliśmy do knajpy "Pod Caryńską" (click!) na placek po Bieszczadzku i zupę. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że jeść nam się nie chciało. Jedzenie było taką samą katorgą jak dzisiejsza "przechadzka" po górach. Poszliśmy spać około 20 - 21.

Dnia drugiego wyruszyliśmy na drugi z zaplanowanych szlaków. Pogoda dopisała, a że z tego szlaku rozwija się przepiękny widok, wędrówka była czystą przyjemnością. Wyznaczoną trasę przebyliśmy łatwo i przyjemnie. W drodze do naszego pola biwakowego zakupiliśmy parę browarków. Wieczorem udaliśmy się do pubu "Pod Caryńską". Klimat tam panujący zachwycił nas tak, że wracaliśmy do namiotu około 4 rano. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła... jednak tylko w elemencie wyjścia do pubu. Ponieważ rankiem obudziliśmy się w basenie. Dosłownie. Pierwsza moja myśl namiot przecieka. Tropik w porządku , a więc podłoga musi być dziurawa - pomyślałem. Jednak okazało się, że po wejściu do namiotu nie miałem już siły zamknąć tropiku. Poranne oberwanie chmury załatwiło nam resztę, czyli małą powódź.

Podsumowując, wyjazd na pewno udany. Może w małej liczbie, jednak nie odczuwaliśmy tego gdyż integracja była duża. Naprawdę super ludzie zjeżdżają w Bieszczady,  a atmosferę pubu "Pod Caryńską" (click!) trudno zapomnieć. Warto przebyć taki szmat drogi chociażby na 3 dni. Ciekawe są także spotkania z "tubylcami", jeden taki dosiadł się do nas do pks (z fajką i browarem w ręku) i zaczął narzekać na prezydenta, rząd i w ogóle na życie. Stwierdził, że Gierek był lepszy, bo umiał chociaż ściemniać, że nie dziwi się, że młodzież pije alkohol, bo co ma robić? I na końcu wyżalił się, po uprzedniej "wiązance" na rząd, ze co on tak ibiedny mały żuczek ma robić!?"

by Sfa

   2005

2.        Koniec sierpnia 2005 roku. Bieszczady. 

„Witam!
Jutro odbieram zdjęcia z Bieszczad i jest bardzo ciekaw jak wyszły ponieważ widoki mieliśmy naprawdę zajefajne. Pogoda nam dopisała. Mieszkaliśmy pod namiotami w jednym z gospodarstw. Jest ono dość popularne /chyba ze względu na cenę - płaciliśmy 4zł za osobę/. Do dyspozycji mieliśmy wychodek, zimny prysznic - a raczej szlauch, a pani serwowała wrzątek w cenie opłaty. Ogólnie warunki znośne, a jak dla mnie za tą cenę to zajebiste.

Nie będę opisywał poszczególnych tras bo trochę czasu by mi to zajęło, z poza tym pewnie nie chce wam się czytać. Powiem tylko tyle: widoczki zajebiste, co prawda dziewczyny lekko narzekały na długość tras wytyczonych przeze mnie jednak później mi dziękowały. Mam nadzieję, że za rok więcej osób pojedzie /bo na 90% będę organizował tam wyjazd/. Na tym wyjeździe byłem z 3ma dziewczynami: Ewą, Elą oraz Olą, której nie znacie. Knajpki niezwykle klimatyczne i pewnie na sylwka bym tam uderzył gdyby nie ta odległość, a co za tym idzie podróż.

Ps. Poopowiadam więcej przy zdjęciach i małym zimnym.

Ps2. Niezapomniany widok: najebany jak stodoła /ledwo co stał/ miejscowy z kosiarką ręczną /takiej co się na ramieniu wiesza/ kosił wszystko co mu na drodze stanęło /dosłownie/, a w pewnym momencie dostje ataku drgawek w rytm kosiarki, naprawdę komiczny widok”

by Sfa

 

1.        Połowa sierpnia 2005 roku. Survival „gdzieś pomiędzy Złocieńcem a Piłą”.

Miało być tak:

„Ruszamy w sobote super rano tzn. okolo 7-7.30 ze Zlocka. Idziemy od Starej Łubianki pod Piłą. Pierwszy biwak bedzie po około 25 km w okolicach Szwecji lub Trzebieszek. Drugiego dnia dochodzimy do Zalewów Nadarzyckich tez około 25km. Trzeciego ruszamy do Bornego albo do Czaplinka.”

A było tak:

 „Zaczęło się nieciekawie pod względem pogoddy, padał deszcz. Ram się nie stawił, Bejki po nocnej służbie, Malko (Kriss) wyglądał jak żołnierz Wietkongu, ja też nie lepiej. W tym dziwnie wyglądającym składzie ruszyliśmy na podbój misternie wytyczonego szlaku rozpiętego głównie wzdłuż rzeki Rurzycy i Płytnicy. Po przejściu pierwszych 3 km. dotarliśmy do Stanicy Wrzosy, zbierając po drodze grzyby na obiado-kolacjo-śniadanie. Na stanicy wyżebraliśmy trochę kawki dla pozyskania energii do dalszej wędrówki. Pani zarządzająca stanicą zaparzyła nam kawę i umilała nam czas swoimi opowieściami codziennego życia stanicy. Dowiedzieliśmy się o rzekomych patrolach straży leśnej, która w weekendy pracowała ze szczególną częstotliwością. Skłoniło to nas do refleksji na temat planowanego miejsca biwakowania, które okazało się być rezerwatem o wiele mówiącej nazwie "Czarcie Skoki" (podobno kiedyś skakał sobie tam diabeł). Z obawy przed kontrolą rezerwatu przez wyżej wymienione jednostki straży oraz przed skaczącym diabłem zdecydowaliśmy o zmianie miejsca obozowiska. Kawka wypita, czas ruszać w drogę. Po przejściu Rurzycy, zbierając grzyby, świadomie trafiliśmy na miejsce gdzie leży Kamień Papieski. Po krótkim obadaniu terenu i kilku fotkach poszliśmy dalej wzdłuż jeziora Krąpsko Średnie. Brzeg którym szliśmy był cały zawalony drzewami ściętymi przez pijane bobry. Trzeba było nieźle się nagimnastykować żeby pokonać z ekwipunkiem na plecach tych kilkadziesiąt przeszkód. Nie można było wejść na górę wysokiej skarpy ponieważ według mapy droga do której mielibyśmy dojść była oddalona około 1,5 km. Po 45 min znaleźliśmy dogodne miejsce do wspinaczki i wyszliśmy z opresji. Gdy doszliśmy do miejscowości Trzebieszki głód już mocno dawał się we znaki, a że mamy zapędy masochistyczne poszliśmy do przydrożnej restauracji. W środku w centralnym punkcie restauracyjnego baru stała poporcjowana szarlotka o objętości 600 cm sześciennych. Mimo to nie skusiliśmy się na szarlotkę tylko wzięliśmy sobie po brobrze i skołowaliśmy fajkę dla wzmocnienia bazy. Idziemy dalej, czas zacząć szukać miejsca obozowiska. Miejsce się znalazło nad jeziorem Krąpsko Długie. Zbudowaliśmy prowizoryczny szałas, rozpaliliśmy ognisko i zabraliśmy się do przygotowania obiado-kolacjo-śniadania. Nie wspomniałem, że po drodze w lesie znaleźliśmy 3 woreczki ryżu, czosnek, olej i cebulę, więc postanowiliśmy teraz wykorzystać ten fakt. Najszybciej przygotowały się grzyby na gęsto, które znikneły w 5 sekund, potem memłex w skład którego wchodziły: ryż, cebula, czosnek, grzyby, olej. Memłex zniknął w 10 sekund. Czas złapać jakąś duuuuuuuża rybę. Niestety nad jeziorem panowało totalne bezrybie, więc Kris i Bejki zostali odelegowani na dalsze połowy w odleglejsze rejony tego akwenu. Wrócili po 2,5 godziny i przyniesli 7 sztuk 6 centymetowej ryby. Owinęło się to w folię aluminiową i po kilku minutach znów mieliśmy wyżerkę po której czas na sen. Spaliśmy do 7 budzeni czasami przez zaciekawionych grzybiarzy. Na śniadanie dokończyliśmy memłexa, wypiliśmy herbatkę i obraliśmy azymut na bunkry koło miejscowości Brzeźnica-Kolonia. Po kilku poschizowanych godzinach i błądzeniu po lesie w poszukiwaniu bunkrów i czegoś do jedzenia dotarliśmy do miejsca gdzie rosły sobie małe żółte śliweczki i twarde kwaśne jabłka, które zjedliśmy ze smakiem. Bunkry też się znalazły i były na tyle imponujące, że wleźliśmy do środka. Po wyjściu z bunkrów zamówiliśmy sobie transport. Umówiliśmy się na krzyżówce drogi do Brzeźnicy z trasą Sypniewo- Szwecja. W domciu boski obiadek, oględziny za kleszczami (miałem 3) i lekka regeneracja. To wszystko.”

by Bar

 

 

 

 

wemping@o2.pl